Ola zaczęła lać świece na parapecie w bloku na Wrzeszczu, bo kupne za szybko gasły i pachniały sztucznie. Wzięła garnek po starym mleku, wosk sojowy z internetu i knoty, które przyszły za długie. Pierwsza partia była krzywa.
Druga już mniej. Sześć słoików po dawnym dżemie rozeszło się między sąsiadkami z klatki w jeden weekend — i wtedy zrobiło się poważnie. Przez następny rok pracownią była kuchnia, suszarnią — balkon, a magazynem — pawlacz.
W 2022 roku przenieśliśmy się do lokalu przy ul. Wajdeloty 12. To dawny zakład krawiecki, więc zostały po nim wielkie okna i drewniana podłoga, która skrzypi w jednym miejscu. Nie naprawiamy tego skrzypienia specjalnie.
Wciąż lejemy ręcznie i wciąż w małych partiach — zwykle 40 do 60 świec naraz. Na większej skali wosk sojowy traci charakter, a my tracimy kontrolę nad tym, jak każda świeca stygnie. Nie produkujemy „na magazyn”. Jak się coś kończy, to po prostu się kończy.
